Rumunia 2006 - Coyot

 

Tegoroczne wakacje mieliśmy spędzić na Krymie. Coś jednak nie dawało
nam 
spokoju i nawet planowanie wypadu szło jakoś tak topornie. Należało w
końcu 
podjąć męską decyzję i objąć konkretny kierunek wyjazdu. Padło na
Bułgarię. 
Plan był taki: jedziemy przez Bukowinę na wybrzeże potem w dół do
Bułgarii, 
dekujemy się gdzieś w okolicach Złotych Piasków, leniuchujemy potem
lecimy 
przez Bułgarię do skalnego miasta w Belogradcziku i w górę do domu ...
no 
właśnie taki był plan, a w rzeczywistości ...



Planowany dzień wyjazdu został przesunięty o jeden dzień jako, że w
łykend 
bawiliśmy się na zlocie garbusów w Kryspinowie. W poniedziałek
załatwiliśmy 
więc ubezpieczenie spokojnie spakowaliśmy bagaże i z niecierpliwością 
oczekiwaliśmy na wtorkowy poranek.



Dzień I - 11.07.2006

Pobudka o 5.30, śniadanko, tankowanie i ruszamy w stronę Barwinka. Fajnie

się jedzie bo wczesna pora więc jest rześko no i samochodów niewiele i
już 
jesteśmy w Barwinku. Tradycyjnie postój - mała kawka i w drogę.

Raz, dwa przejeżdżamy Słowację i Węgry, potem szybka odprawa na granicy

Rumuńskiej i ok. 14 jesteśmy w Satu Mare. Szybka wymiana pieniędzy w
banku 
po dobrym kursie i przekonujemy się, że płacąc trzeba będzie trochę 
pogimnastykować mózg bo po denominacji w obiegu funkcjonują jeszcze do
końca 
tego roku stare jak i nowe leje.

Lecimy dalej ... i tu się zaczyna. Na skrzyżowaniu w Satu Mare /koszmarne

oznakowanie i praktycznie zero drogowskazów/ wjeżdżają w nas samochodem
dwie 
dziewczyny. Całe szczęście kończy się tylko na przygięciu tablicy 
rejestracyjnej w Dualu. Oddychamy z ulgą i w drogę. Jako, że pora
obiadowa 
przy okazji tankowania zatrzymujemy się na taki sobie obiad w przydrożnej

"restauracji" z obskurną toaletą. Po raz pierwszy przekonujemy się, że w
tym 
rejonie Rumunii po angielskiemu to oni nie kumają. Przyswajamy więc kilka

podstawowych rumuńskich słówek i ruszamy dalej w kierunku Sapanty. Po
drodze 
mamy spotkanie III stopnia z rozsypującym się Aro. Kierowca chciał się 
przekonać kto wyjdzie z pojedynku cało "japonia" czy "rumunia" ale 
ostatecznie pękł jak gumka od majek i przeszedł bokiem. Obiad podszedł
nam 
do gardeł ale ani drgnęliśmy. Do Sapanty dojechaliśmy już bez żadnych

przygód. Sapanta to malutka wioska słynąca z Wesołego Cmentarza.
Zostajemy 
skasowani po 5 lei od łeba i 5 lei za aparat. Cieszące oko nagrobki 
ozdobione są malowidłami obrazującymi zmarłego przy zajęciu jakim
trudnił 
się za życia. Całości dopełnia umieszczone pod spodem zabawne
epitafium. 
Uhahani i trochę zmęczeni upałem wsiadamy na motór i szukamy noclegu. W

okolicy Sapanty znajdujemy niepozorny z zewnątrz pensjonat "Alisa" /50
RON/. 
Okazuje się, że czeka na nas dwuosobowy pokoik z telewizorem, wypaśna 
kuchnia i ogromna łazienka z jackuzi.



Dzień II - 12.07.2006

Budzimy się w dobrych humorach. Za oknem słoneczko więc śniadanko jemy
na 
tarasie. Ociągamy się trochę z pakowaniem ale w końcu trzeba ruszyć
dupska. 
Przejeżdżamy jakieś 10 km i nie wiedzieć skąd na horyzoncie pojawiają
się 
pierwsze burzowe chmury a zaraz potem zaczyna się ulewa. Kryjemy się przy

drewnianej szopie pod malusim daszkiem i postanawiamy przeczekać ulewę. 
Przez dobre pół godziny pioruny biją w pobliskie drzewa aż ziemia drży.
Po 
godzinie jeszcze delikatnie mży ale ruszamy dalej. W okolicach Sygietu 
rozpogadza się więc gonimy przed siebie. Zaczynają się fajne pagórki,
coś w 
rodzaju trasy transfogaraskiej tylko droga pozostawia wiele do życzenia. 
Jakieś 40 km za Borsa dopada nas kolejna ulewa  - chronimy się w 
restauracji. Na obiadek postanawiamy wsysnąć ciorbę, która okazuje się

rosołkiem ze śmietaną i kawałkami kury - całkiem niezła. Jeszcze
trochę 
kropi ale szkoda czasu więc wyjeżdżamy. Ciąg dalszy drogi przez mękę
... 
Miejscami droga wygląda tak jakby ktoś po pijaku na chybił trafił
frezował 
asfalt gdzie popadło. Wszystkich dziur nie jesteśmy w stanie ominąć -
slalom 
pierwsza klasa. Długo oczekiwany wjazd na "czerwoną" drogę do Suczawy 
okazuje się kolejnym rozczarowaniem co kawałek remont i światła.
Wykończeni 
całodniową ucieczką przed deszczem i stanem dróg zatrzymujemy się w 
przyzwoitym pensjonacie /80 RON/ we Frasin. Zapada zmrok kiedy sączymy
piwko 
na tarasie, a na dobranoc kolejna burza.



Dzień III - 13.07.2006

7.00 pobudka, pakowanie, śniadanie i ...

Pora na pamiątkowe zdjęcie przed pensjonatem .... tylko nie wiedzieć
czemu 
karta wzięła i się zwiesiła. Nie da się zrobić zdjęcia, wszystkie
dotąd 
zapisane przepadły, a pamięć aparatu zdoła pomieścić jedynie 30
zdjęć. 
Zaciskamy zęby i ruszamy w drogę.

Na dzisiaj w planie malowane klasztory i twierdza Neamt. Voronet - 
drogowskaz jest ale drogi ani widu - odpuszczamy sobie i lecimy dalej do 
Monastiera Humarulli /4 RON wstęp/.

Droga do Suczawy taka sobie, za to w centrum o mały włos nie wpadamy w 
dziurę bez dna. Wygląda tak jakby ktoś zapomniał przykryć studzienkę,
"ale 
nieeeee" jest to zwykła wyrwą w asfalcie. W głowie coraz częściej
kołacze 
się myśl - musimy zawrócić, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi
wskazują na 
to. Już bez przygód docieramy do Dragomirnej. Na zwiedzanie klasztoru 
wybiera się Aga. Wokół żadnych turystów cisza jak makiem zasiał.
Biletu 
wstępu nie płaci. Najważniejszą budowlą kompleksu jest cerkiew pod
wezwaniem 
Zesłania Ducha Świętego przepasana potężnym wykutym w kamieniu
plecionym 
sznurem, który pełni rolę gzymsu. Robi wrażenie. Kolejny cel Twierdza
Neamt 
/z 1380 r./ Jakieś 15 km przed dogania na burza. Przemoczeni docieramy pod

twierdzę. Parkujemy na tarasie hotelu i jemy bardzo bobry obiadek. Twierdza

Neamt jest najciekawszą budowlą obronną Mołdawii /4 RON wstęp/. Z ruin

roztacza się rozległy widok na dolinę Neamt. Przy obiedzie zapada
ostateczna 
decyzja. Postanawiamy zrezygnować z wyjazdu na wybrzeże, ze względu na 
niepewną pogodę. Plan jest taki - jedziemy nad wąwóz Bicaz, a potem do
domu.

W połowie drogi tradycyjnie kolejna ulewa. Nie dajemy się. Zresztą i tak
nie 
ma się gdzie zatrzymać. Gonimy dalej, a ulewa za nami. Dogania nas raz ona

raz my ją i tak ścigamy się kilkanaście kilometrów wzdłuż brzegów
Czerwonego 
Jeziora. Wszystkie niewygody wynagradza nam wąwóz. Dołem kanionu płynie

bystry potok, a po obu stronach wznoszą się wysokie masywy skalne o 
wysokości ok. 400 m. opadające pionowymi ścianami. Zarówno Czerwone
Jezioro 
jak i wąwóz Bicaz są częścią Parku Narodowego. Pstrykamy kilka
pamiątkowych 
fotek, kupujemy suweniry i uciekamy bo robi się zimno no i pora się
gdzieś 
wysuszyć, a przy okazji osuszyć jakieś szkło. Lokujemy się w przyjemnym

moteliku w Gheorgheni za 70 RON. Mała kolacyjka, piwko i spanko ... oby 
następny dzień nie przyniósł kolejnej ulewy - trzymamy (k)ciuki  :)



Dzień IV - 14.07.2006

Jedzie się całkiem nieźle, a i droga jakby lepsza. Na dzisiaj plan jest 
taki, żeby dojechać na Słowację, więc gonimy. I stało się - pierwszy
mandat 
za przekroczenie prędkości - 60 RON - całe szczęście nic nie płacimy
bo jest 
to mandat ostrzegawczy :) Lecimy dalej. Droga super. Mamy okazję przekonać

się na własnej skórze, że kierowcy tirów to urodzeni rajdowcy. Byle 
szybciej, byle dalej. Wyprzedzają jeden drugiego. O mały włos
zostalibyśmy 
zmieceni z drogi przez takiego jednego co zabrał się za wyprzedzanie na 
zakręcie. Obiadek jemy w knajpce, w której nocowaliśmy podczas naszej 
pierwszej wyprawy do Rumunii kilka lat temu i gonimy w stronę granicy. 
Ostatnie tankowanie, a z motocykla unosi się niepokojący smrodek
spalenizny. 
W akumulatorze susza.

Na stacji zakupujemy wodę destylowaną /w 1.5 litrowej butelce - na
pierwszy 
rzut oka jak mineralna/ i sok. Gość kasuje 6 RON ale z niepokojem patrzy
to 
na Agę to na butelkę. Chyba myślał, że wzięła ją za mineralną.
Dopiero kiedy 
łamanym angielsko - rumuńskim wytłumaczyła mu, że to do akumulatora 
odetchnął z ulgą. Kolejki na granicy straszne ale przeciskamy się
między 
samochodami i już jesteśmy na Wągrach. Tniemy ile się da - Debrecen - 
Nyreghaza - w okolicach Tokaju łapie nas mały deszczyk /jakby ktoś tam na

górze chciał nam powiedzieć - nie przesadzajcie, na dzisiaj starczy/. 
Szukamy noclegu ale jest mały kłopot. W Tokaju ciężko coś znaleźć bo

trafiliśmy na jakiś festiwal. Gonimy dalej - o nocleg ciężko bo albo nie
ma 
wolnych miejsc albo po prostu nas spławiają. Jest już grubo po 22-giej
jak 
przekraczamy granicę węgiersko - słowacką. Wymieniamy kasę na stacji 
benzynowej i pytamy o motel. Jest! Za jakieś 10 km jest zajazd. Co z tego,

że jest skoro czynny do 22-giej. Jedziemy dalej lekkimi zadupiami i 
oczywiście zamotaliśmy się z lekka ale może i dobrze bo znajdujemy 
pensjonacik. Pokój z łazienką za 1490 SK !! ale mamy do dyspozycji basen,

pole golfowe i kort tenisowy. Jest też śniadanko wliczone w cenę i
pająki w 
każdym rogu pokoju. Wypijamy po piwku na dobry sen i po północy
kładziemy 
się spać z nadzieją, że jutro dotrzemy szczęśliwie do domu.



Dzień V - 15.07.2006

Pobudka rano, a za oknem piękny widok :) basenik na wyciągnięcie ręki. 
Powoli zwlekliśmy się z łóżka i poszliśmy na śniadanko. Po śniadanku

pakowanie się popijanie kawusi, w międzyczasie pojawił się właściciel
co by 
pogadać gdzie jedziemy, skąd i takie tam wypytywanie. koło godzinki 12 
wsiedliśmy na nasz sfatygowany motór i ruszyliśmy do domciu. W drodze 
powrotnej oczywiście zatrzymaliśmy się w Svidniku na drobne zakupy 
alkoholowe i bez przygód dotarliśmy do domciu.



Trasa liczyła 2000 km



Koszty to 400 dolarów amerykanckich

 

Powrót

 

 

 

 

 

All rights reserved by Roztoczeriders.com

Designed by Doktorek