|
Dookoła Polski motocyklem -
czyli Doktorki na wakacjach
Plany wakacyjne na ten rok, co prawda były ambitniejsze,
ale wyszło tak że postanowiliśmy je spędzić w Polsce. Trudno nam było się
zdecydowąc na to gdzie mamy jechać, gdyż Bebe kocha morze a ja wolę góry.
Ot dylemat :)
Postanowiliśmy więc pogodzić nasze troche sprzeczne
upodobania i pojechać w podróż dookoła Polski aby w czasie jak najkrótszym
zobaczyć jak najwięcej.
Trasa miała wieść jak najbliżej granic kraju, a do
dyspozycji mieliśmy 14 dni.
Na początek: Mazury
Z
Sanoka wyruszyliśmy przed 8 rano wśród lekkiego deszczyku. Kierunek na
pierwszy dzień: Augustów. Lecimy przez Rzeszów, Lublin. Pogoda robi się
słoneczna im dalej od Podkarpacia :) Na twarzach uśmiech a wokół piękne
widoki, niebieskie niebo i tylko droga przed nami. Za Lublinem zaczynają
się kilkunastokilometrowe proste z szerokim asfaltem i małym ruchem aut.
Droga mija nam szybko i już jesteśmy przed Białymstokiem. Na przydrożnej
stacji paliw posilamy się obiadkiem i ruszamy dalej w kierunku Augustowa.
Mamy zarezerwowany nocleg więc GPS ma nas zaprowadzić prosto do celu. Za
Białymstokiem droga to istny koszmar. Ciężarówek więcej niż aut osobowych
i koleiny po kilka cm. W końcu udaje nam się wyprzedzić co nieco tych
maruderów i w szybszym już nieco tempie lecimy wśród łąk, lasów, jezior i
bocianich gniazd, których jest tutaj mnóstwo – w końcu co 4 bocian na
świecie jest Polakiem! Przed 16 docieramy na miejsce. Czeka na nas pokój z
wygodnym łóżkiem i balkonem. Aby nie tracić czasu, po rozpakowaniu gratów
ruszamy po prowiant piwny a potem nad jezioro :) Jest wakacyjnie,
spokojnie, pogoda ładna, słoneczko zachodzi, spokojny wiaterek sobie
dmucha a my sączymy browarki na molo... ach wakacje :)
Następny dzień przeznaczamy na opalanie i nudę na plaży,
chociaż nudno nie było, bo młodzież nasza gimnazjalna pomysłowa jest i
wszystkim na plaży wrażeń dostarczała różnych. Wieczorkiem ruszamy na
piwko do centrum Augustowa. Chodzimy po parku, podziwiamy miejscową
fontannę i polskich kibiców przed meczem z Niemcami, którzy manifestują
wszystkim wyższość polskiej drużyny :)
Trzeciego dnia postanawiamy pojeździć trochę po tej
mazurskiej okolicy. Najpierw ruszamy do Suwałk. Chcemy odwiedzić wieś o
nazwie Szwajcaria ale jak się okazuje wieś zamieniono na jedną z
suwalskich u lic i niepocieszeni ruszamy dalej.
Jedziemy wśród łagodnych pagórków w kierunku rezerwatu „Głazowisko
Bachanowo”. Jest to zbiór różnej wielkości kamieni i głazów narzutowych,
które przywędrowały tu kiedyś wraz z lodowcem. Lodowca już niestety nie ma
ale kamienia leżą nadal.
Dalej ruszamy w kierunku najgłębszego jeziora w Polsce –
jeziora Hańcza. Odnajdujemy w końcu drogę do celu po zapytaniu miejscowego
rolnika, gdyż samemu nie sposób tam dojechać. Nad jeziorem spokojnie,
krowy pasą się na brzegu, jakaś łódka zacumowana w tataraku stwarzają
sielankowy mazurski klimat. Kilka fotek i jazda dalej. Teraz na celu
wiadukty kolejowe w Stańczykach. Malowniczą droga wśród drzew docieramy do
celu. Wiadukty naprawdę robią wrażenie. Swoją budową przypominają
akwedukty rzymskie i nazywane są tutaj Akweduktami
Puszczy
Romnickiej. To najwyższe tego typu mosty Polsce. Około 40 metrów wysokości
i 200 metrów długości dają niespotykany efekt. Wchodzimy na konstrukcje
sprzed I wojny światowej po której niegdyś kursowały regularnie pociągi na
terenie jeszcze pruskich ziem. Widoki z góry również niesamowite, a
patrząc w dół może sie w głowie zakręcić. Potem schodzimy na dół nad mały
, który płynie pod wiaduktami. Z dołu budowla również poraża swoim
rozmachem. Aż dziw bierze, że zostały one zbudowane jeszcze przed I wojną
światową.
Więcej informacji na temat wiaduktów znajdziesz tutaj:
http://mazury.info.pl/stanczyki/
W
pobliskim sklepiku kupujemy pamiątki i po krótkim posiłku jedziemy dalej.
Teraz na naszym szlaku miejsce równie egzotyczne i ciekawe – piramida w
Rapie. Nastawiamy więc optymalną trasę w naszym GPS urządzeniu i jazda
przed siebie! Po drodze mijamy jeszcze wiadukty w miejscowości Kiepojcie
ale mijamy je tylko z daleka nie szukając drogi dojazdowej gdyż jeszcze
trochę drogi przed nami. Mijamy kolejne mazurskie wsie i dziwimy się że
straszna tu dzicz i taka totalna wiejskość, jeszcze gorsza niż u nas na
południowym – wschodzie. Jedziemy drogą która po kilkunastu kilometrach
staje się droga leśną. No nic GPS prowadzi dalej więc jedziemy. W końcu
bocznymi zupełnie i czasem gruntowymi drogami docieramy do celu – Rapa.
Teraz pozostało tylko znaleźć piramidę. Podjeżdżamy do dwóch kobiet z
dziećmi, które zawstydzone (nie wiem czemu) wskazują nam drogę. Zostawiamy
motocykl na parkingu przy drodze i ruszamy pieszo do piramidy. Za chwilę
podjeżdża do nas mały chłopiec w za krótkich spodniach i na jakimś takim
dziwnie poskładanym rowerku i niezrozumiałym dla nas początkowo głosem
proponuje, że opowie nam o piramidzie kilka ciekawostek. Początkowo
odmawiamy ale po tym jak zobaczyliśmy opowieści chłopaka dla grupy
wycieczkowiczów postanowiliśmy skorzystać z jego usług. Chłopak opowiada
nam o piramidzie kilka ciekawych rzeczy i o tym, że zbiera pieniądze na
rowerek dla swojego braciszka, który dopiero ma rok.
Więcej informacji o
piramidzie znajdziesz tu:
http://mazury.info.pl/atrakcje/rapa/index.html
Dajemy mu 10zł, robimy sobie zdjęcie z małym i idziemy do
motocykla. Wsiadamy i jazda dalej - do Giżycka. W końcu dojeżdżamy do
dobrej i miejscami ładnie krętej drogi więc jazda jest przyjemna. Tym
bardziej że słońce na niebie, ciepło i pięknie dookoła. Po drodze nad
jeziorem Mamry jemy pyszny obiadek i w końcu docieramy do Giżycka. Tu
chcemy zwiedzić twierdzę Boyen i zobaczyć obrotowy most. Szczęście nam
dopisuje i jadąc do twierdzy dojeżdżamy do mostu obrotowego ale niestety
jest on w tej chwili zamknięty :( Most ten przecina kanał i dlatego jest
on czasowo zamykany. Jakiś czas jeżdża po nim auta a jakiś czas jest
obrócony i wtedy kanałem pływają statki. Potem szukamy drogi do twierdzy
Boyen i w końcu wjeżdżamy w jej mury. Po krótkim rekonesansie odpuszczamy
zwiedzanie tej ogromnej budowli gdyż aż tyle czasu to my juz nie mamy, bo
słońce powoli chyli się ku zachodowi. Postanawiamy więc wracać do
Augustowa. Z giżycka do Augustowa droga miejscami jest wspaniała – dobry
z\asfalt i ładne zakręty, jedzie się nam przyjemnie i szybko. Przed
kolejnym meczem mistrostw Europy docieramy do domu. W czasie tego dnia
nawinęliśmy ponad 300km. W domku wieczorne piwko na balkonie i spanko.
Jutro opuszczamy Mazury i wyruszamy nad morze.
Rano wyruszamy z Augustowa w kierunku Mikołajek i Olsztyna.
Droga miejscami ładnie zakręca wśród malowniczych lasów i jeziorek
większych lub mniejszych. Jedzie się przyjemnie, spokojnie i szybko
zarazem. Bez problemów docieramy do mazurskiego kurortu - Mikołajek. Tu
chwila odpoczynku nad jeziorem Śnierdwy, Tiger na drogę, pogawędka z
turystami, którzy tez śmigają na motocyklach i dalej w drogę. Teraz na
chwilę zawijamy do miasteczka akademickiego Uniwersytetu Olsztyńskiego do
mojej młodszej siostry, która tu właśnie studiuje. Chwila odpoczynku na
Kortowie – czyli studenckiej dzielnicy Olsztyna, Bebe pije sobie piweczko,
ja tylko soka, opalamy się nad jeziorem siedząc na molo. Atmosfera jest tu
przyjemna, wokół mnóstwo roznegliżowanej studenckiej braci, piwko i winko
leje sie tym bardziej, że jest właśnie okres sesji letniej :)
Jak dobrze że my już nie musimy tak w tych książkach
ślęczeć :) Potem tankujemy moto do pełna i dawaj w kierunku Malborka.
Jedziemy początkowo drogą na Gdańsk a potem odbijamy do Malborka. Teraz
już wąsko i niemniej ruchliwie niż na krajówce Warszawa – Gdańsk. GPS
pokazuje 8 metrów pod poziomem morza. Fajny taki widok :)
W Malborku jesteśmy po południu więc niestety odpuszczamy
zwiedzanie Zamku gdyż mamy rezerwację w Łebie i musimy tam na noc
dojechać. Pozostaje nam tylko zrobić fotkę na tle ogromnej warowni i
ruszamy dalej w drogę.
Jazda
obwodnicą trójmiasta to prawdziwa męka w porównaniu do dróg którymi do tej
pory jechaliśmy (i jak się później okaże najgorszy odcinek naszej
podróży). W końcu wyjeżdżamy z zatłoczonego trójmiasta i lecimy w
kierunku Łeby. Wiatr tego dnia wieje z okropną szybkością ale dzielnie
dajemy sobie radę na naszym Czarnym Ptaku :) Do Łeby docieramy ok 19, GPS
prowadzi nas pod sam dom naszej noclegowni. Cena za pokój 2 osobowy z
łazienką 70zł. Rozpakowujemy się i czym prędzej ruszamy jeszcze przed
zachodem słońca na plażę. Morze jest mocno wzburzone i na brzegu wieje
silny wiatr (7 stopni w skali Beauforta) co stwarza niepowtarzalny, uroczy
klimat. Chodzimy tak sobie po plaży do nocy, podziwiamy zachód słońca i
zbieramy muszelki. Bebe jest zachwycona polskim morzem i robi na plaży
różne dziwne czasem rzeczy :) no ale w końcu przypominają jej się chwile
spędzone tu kiedyś na letnich koloniach. Wieczorem tradycyjnie piwko i
dobre jedzonko. Potem jeszcze wyruszamy zwiedzić Słowiński Park Narodowy i
wejść na Wdmę Łącką – gdzie w czasie wojny wojska niemieckie ćwiczyły
przed ekspansją na Afrykę. Jest tu także muzeum wyrzutni rakiet
wojskowych. Widoki z wydmy niesamowite. Momentami człowiek czuje się jak
na pustyni. Tym bardziej że cały czas wieje cholernie mocny wiatr. Piasek
lata wszędzie i wpada wszędzie, do oczu, uszu w ubranie. Z Wydmy Łąckiej
ruszamy plażą do samej Łeby. Polecamy taką trasę gdyż można zobaczyć wiele
ciekawych rzeczy, doładować jodem swoje ciało i opalić sie trochę przy
ładnej pogodzie.
Po trzech dniach wyruszamy z Łeby do Dziwnowa, z tym że nie
bezpośrednio lecz po drodze odwiedzamy jeszcze dwa ciekawe miejsca.
Zbaczając trochę z trasy jedziemy w kierunku miejscowości Krąg, gdzie
znajduje się zabytkowy pałac, (obecnie przerobiony na hotel) z pięknym
jeziorem i parkiem. Zamek ma 365 okien, 51 komnat, 4 wieże – wszystko to
zgodnie z porami roku, liczbą dni, tygodni itp. Potem jedziemy w kierunku
miejscowości Tychowo, gdzie na cmentarzu znajduje się największy w Polsce
głaz narzutowy. Przyniesiony on został kiedyś przez lodowiec a rozmiary ma
imponujące: ponad 50 m obwodu, 3,8m nad powierzchnię ziemi i 4 m pod
ziemią. W czasie deszczu robimy kilka fotek i podziwiamy ogrom głazu.
Dalej wyruszamy w strugach deszczu do Dziwnowa, gdzie szybko znajdujemy
nocleg i spędzamy tu 2 kolejne nadmorskie dni. Zwiedzamy jeszcze
Międzyzdroje, dreptając po Alei Gwiazd, zwiedzamy muzeum figur woskowych i
spacerujemy po molo. Droga Dziwnów – Międzyzdroje jest bardzo przyjemna,
dużo zakrętów, dobra nawierzchnia i gąszcz otaczającego lasu. Polecamy!
Teraz nadszedł już czas opuścić morze i wyruszyć na
południe, w kierunku gór. Z Dziwnowa wyjeżdżamy rano uciekając przed
deszczem. Szybko mijamy kolejne miasta: Szczecin, Gorzów, Zieloną Górę. Po
drodze na stacji paliw spotykamy parę moto turystów z Koszalina, którzy
właśnie wracają z wakacji. Przejechali ponad 4500km przez Niemcy, Czechy,
Węgry, Bułgarię i Polskę. Po wspólnie zjedzonym obiedzie jedziemy dalej.
Teraz na naszej trasie Henryków Lubański – miejsce gdzie rośnie najstarsze
w Polsce drzewo.
W
końcu docieramy do tej małej wsi na Dolnym Śląsku i naszym oczom ukazuje
się niepozorny, niewielki Cis, który jest najstarszym drzewem w Polsce i
ma już około 1500lat! Robimy pamiątkowe zdjęcia przy drzewie i jedziemy do
Szklarskiej Poręby przez Świeradów Zdrój. No teraz jazda to już prawdziwa
przyjemność, mnóstwo zakrętów i powoli zaczynające sie góry. Jedziemy do
Szklarskiej Poręby i teraz GPS pokazuje ponad 700 mnpm. – zupełnie inaczej
niż kilka dni wcześniej na Żuławach :) Potem na jednym z zakrętów trochę
przegiąłem z prędkością i ledwo opanowałem moto aby pozostać na swoim
pasie jezdni. Jak się potem okazało z przewodnika był to słynny Zakręt
Śmierci! Jest to zakręt z łukiem 180 stopni i ładnym widokiem na Szklarską
Porębę :) Potem rozpakowujemy swoje bagaże w kwaterze którą mieliśmy już
zarezerwowaną i podziwiamy z balkonu widok na Szrenicę i pozostałą część
Karkonoszy. Kolejne dni upływają nam na zwiedzaniu miejscowych knajpek,
popijaniu piweczka, zwiedzaniu okolic Szklarskiej Poręby i wjazdu kolejką
linową na Szrenicę. Polecamy jazdę ta kolejką gdyż widoki z góry na
Karkonosze są naprawdę niesamowite. W jednym z kolejnych dni jedziemy do
Karpacza gdzie zwiedzamy słynny kościół Wang oraz miasteczko Western City.
Kościół
Wang – jest budowlą zakupioną przez jednego z pruskich książąt w Norwegii
i po przetransportowaniu złożoną właśnie tu w Karpaczu. Jest to jedna z 2
tego typu budowli – kościołó palowych - na świecie, które stoją poza
Norwegią. Drugi jest wzniesiony w Szwecji.
Potem jeszcze kilka chwil w miasteczku Western City, które
jednak nie wywarło na nas szczególnego wrażenia. Indianin, który tańczył
wojenny taniec nie mógł wsiąść na konia a bicz podczas pokazu urwał się i
całe szczęście że nie poleciał w nikogo z widzów. No ale z pewnością
podczas zlotu motocyklowego dzieje się tu wiele ciekawych rzeczy w
naturalny sposób bawiących widzów :)
Następnego dnia opuszczamy Szklarską Porębę. Tego dnia mamy
zamiar dotrzeć do Wisły zwiedzając po drodze kilka ciekawych miejsc.
Jedziemy w kierunku Kudowy odcinkiem przez Czechy. W Kudowie odbijamy w
kierunku
Czermnej
gdzie znajduje się Kaplica Czaszek. Wraz z przewodnikiem i grupą dzieci
wchodzimy do wnętrza kaplicy i słuchamy miejscowych legend. Mimo zakazu
fotografowania udaje mi się zrobić kilka fotek (bez lampy oczywiście).
Potem jedziemy przez Park Narodowy Gór Stołowych Szosą Stu Zakrętów. Droga
z pewnością zasługiwałaby na pochwałę ale gdyby miała lepszą nawierzchnię.
Bo w takim stanie jak jest teraz to najlepiej po niej jechać na enduro. W
końcu wyjeżdżamy z parku i kierujemy się na opolszczyznę do miejscowości
Moszna.
Tutaj
zwiedzamy zespół pałacowo parkowy robiący niesamowite wrażenie. Początki
tej budowli to prawdopodobnie połowa wieku XVII. Część środkowa, to dawny
pałac barokowy, który w roku 1896 prawie doszczętnie spłonął. W tym samym
roku odbudowany w pierwotnym kształcie. Do roku 1900 powstała najbardziej
okazała część wschodnia w stylu neogotyckim, a w latach 1912 - 1914
dobudowane zostało, w stylu neorenesansowym, skrzydło zachodnie. Zamek
posiada ogółem 365 pomieszczeń i 99 wież i wieżyczek. Powierzchnia wynosi
7 tys. m2, a kubatura - 65 tys. m3. Obecnie zamek służy jako hotel oraz
jako Centrum Terapii Nerwic. Można tu sobie odpocząć a przy okazji nerwy
wyleczyć :)
Potem już autostradą śmigamy do Katowic a stąd do Wisły ,do
której docieramy wieczorem ale i tu bez większych problemów znajdujemy
nocleg. W Wiśle spędzamy 3 dni. Zwiedzamy całe miasteczko, popijamy sobie
piwka, zwiedzamy wiadkukt kolejowy w dzielnicy Głębce. Wiadukt podobny do
tych wiaduktów ze Stańczyków na Mazurach, z ta różnicą, że ten jest ciągle
w użytku i regularnie kursują po nim pociągi. Wisłę opuszczamy w piękny
słoneczny dzień i jedziemy widokową trasą przez Koniaków, Żywiec, Zawoję i
Babiogórski Park Narodowy w kierunku Nowego Sącza. Obok mijamy
majestatycznie wyglądające Tatry z ośnieżonym grzbietami szczytów. My
jednak kierujemy się na wschód w kierunku Starego Sącza gdzie odbijamy na
południe w kierunku Muszyny. Trasa Stary Sącz – Muszyna jest piękna.
Dookoła pagórki, kręta droga, przełom rzeki Poprad i Słowacja tuż obok
robią niesamowite wrażenie. Powrót przez Krynicę i Grybów i już jesteśmy
na drodze z Gorlic do Dukli, którą bardzo lubimy jeździć – szczególnie o
zachodzie słońca. Wieczorem dojeżdżamy cali i zdrowi do Sanoka.
Sumując:
Trasa - 3400km
Czas - 14 dni
Koszt – 3500zł (spanie tylko w kwaterach)
Wrażenia z podróży - bezcenne
Powrót
|