Strona główna



Forum
O nas

Malujemy
Nasza Ekipa
Nasze Galerie

Nasze Wyjazdy
Nasi Przyjaciele

Linki
Poradnik
Turystyka
Fotki z drogi
Kalendarz zlotów



Księga Gości


roztoczerider@o2.pl

 

Rumunia 2007

 

Rumunia już od dawna ciekawiła szczególnie mnie swoją tajemniczością, dziwnymi opowieściami i sprzecznymi opiniami różnych ludzi – od pozytywnych do skrajnie negatywnych. No a jako że chcieliśmy pojechać z Bebaskiem nad morze a u nas w Polsce pogoda nad Bałtykiem nie zachęcała do kąpieli, postanowiliśmy uderzyć nad Morze Czarne do Rumunii właśnie J

 

Wyruszamy we dwójkę z Bebe, w piątek rano z Sanoka przez Barwinek, gdzie spotykamy się z Coyotem, który wraz z żoną i przyjaciółmi również jechali do Rumunii, tylko  w inne rejony niż my. Na granicy zakup mapy Rumunii, kawka, uzupełnianie płynów i w drogę! Jedziemy przez Słowację: Barwinek-Presov-Kosice. Droga mija nam spokojnie i bez błądzenia. Tylko przed Presovem mamy małe przygody z pszczołą i za krótkimi nogami J

 

W Koszycach postój na tankowanie motocykli i naszych ciał, bo upał niemiłosierny. Dalej jazda w kierunku Węgier. Na granicy słowacko-węgierskiej szybka odprawa i już suniemy do przodu po gładkich madziarskich asfaltach J Jedziemy przez Tokaj, Nigeryhaza do przejścia w Csenger. Droga mija nam szybko ale jest cholerny upał, wszyscy porozbierani jedziemy owiewani ciepłym powietrzem.

 

Na granicy węgiersko-rumuńskiej również szybka odprawa i po chwili zatrzymujemy się w Satu Mare aby kupić rumuńską walutę i posilić się czymś treściwszym. Helen znajduje w przewodniku ciekawą knajpkę gdzie zamawiamy Ciorba burta, czyli taką rumuńską warzywno-mięsną zupę. Pijemy przy tym duże ilości napojów gdyż żar cały czas leje się z nieba. Po posiłku żegnamy się i samotnie już ruszamy z Bebaskiem do Shigisoary, miasta Drakuli gdzie zamierzamy zostać na noc. Z Satu Mare jedziemy drogą nr 19A do miejscowości Zalau. Jadąc dalej drogą 1F w kierunku Cluj-Napoca za miejscowością Zalau śmigamy przez około 20km zajebistymi serpentynami z super asfaltem i 2 pasami w każdą stronę. Ten odcinek drogi to szybkie zakręty i dobra widoczność na większości zakrętów, po prostu miodzio J Dalej błądzimy w Cluj-Napoca i przez samo centrum jedziemy w kierunku miasta Turda. Niestety jesteśmy tu około godziny 20 i nie zwiedzamy słynnej kopalni soli z ogromnymi grotami. Jedziemy dalej nocą przez Tirgu Mures i po godzinie 22 docieramy w końcu do Shigisoara, miasta gdzie urodził się Vlad Tepes czyli słynny Drakula. Tutaj zatrzymujemy się i szukamy jakiegoś noclegu. Po wjechaniu na starówkę od razu podchodzi do nas mały chłopak i proponuje pokój, początkowo za 25 a potem za 20€ za dobę. Po krótkim namyśle ruszamy w dół miasta gdzie szukamy Pensjonatu Chic naprzeciw dworca PKP. Jak się okazało dostaliśmy tam ostatni wolny pokój za 16€ za pokój i z monitorowanym parkingiem przed pensjonatem. Po wypakowaniu bagaży szybko idziemy na zimne piweczko po którym szybko usypiamy w świeżej pościeli motelu.

 

Kolejnego dnia rano ruszamy na zwiedzanie starówki Shigisoary położonej malowniczo, bo w na wzgórzu w środku miasta. Starówka Shigisoary to prawdziwe stare miasto, z odrapanymi budynkami, odpadającymi tynkami, rozkopanymi uliczkami i walącymi się domami. We wszystko to wkomponowane gdzieniegdzie luksusowe hotele i parasole Coca-Coli i Heinekena. Nie widać tu szczególnej dbałości o stare budowle i kamieniczki w rynku, co zresztą nadaje temu miejscu niepowtarzalny klimat. Robimy sobie zdjęcia przy Domu Drakuli w którym mieści się obecnie restauracja, Wieży Zegarowej i Domu Weneckim. Potem idziemy w kierunku Kościoła na Wzgórzu, drewnianymi zadaszonymi schodami które chronią nas przed panującym upałem. Schody te zadaszono aby warunki atmosferyczne nie doskwierały uczniom i profesorom znajdujących się na wzgórzu szkół. No właśnie bo są tam 2 szkoły – stara oraz nowa, będąca do dziś gmachem liceum. Jeszcze wyżej szkół, na szczycie wzgórza góruje nad całym miastem Kościół na Wzgórzu. Wysoka strzelista budowla zbudowana na szczycie góry wydaje się być wyższa niż w rzeczywistości. Potem przechadzamy się wąskimi uliczkami starego miasta, które mają niepowtarzalny spokojny klimat. Co chwilę zatrzymujemy się w małych knajpkach i popijamy zimne piwko J Potem schodzimy w dół miasta aby zobaczyć Rzymską Lwicę karmiącą Romusa i Romulusa, o ile się nie mylę jedną 3 w Europie. Dzień mija nam powoli i sielsko, na słodkim nic nicnierobieniu i ewentualnych zakupach pamiątek dla rodziny i znajomych. Wieczorem wracamy do pensjonatu i pakujemy część bagaży gdyż następnego dnia chcemy wyruszyć w Fagarasze, góry z przepiękną drogą – Trasą Transfagaraską.

 

Rano pakowanie, śniadanie i do widzenia Shigisoara. Jedziemy boczną drogą, przez miejscowość Agnita w kierunku drohi nr 1. Tutaj poza miastami widac prawdziwą Rumunię. Zaniedbane wioski, pozostałości PGR-ów, odrapane domy i małe zaludnienie. Drogi oczywiście kiepskiej jakości. Ale krajobrazy ładne, pagórkowato, malowniczo i zielono dookoła. Po kilkudziesięciu kilometrach naszym oczom pojawia się niesamowity wodok pasma karpat w które właśnie jedziemy. Widok tym bardziej niesamowity, gdyż jadąc po równinie przed nami widać pasmo gór sięgających nieba a ciągnących się od horyzontu po horyzont. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Nasze Tatry to przy tych górach to małe pasemko.

 

W końcu docieramy do krajowej 1. Teraz kierujemy się przez kilkanaście kilometrów na zachód aby skręcić w tak oczekiwaną drogę na 7C. Zjazd jest dobrze oznakowany i niesposób tu zabłądzić. Teraz wjeżdżamy w góry. Wszędzie wzdłuż drogi porozbijane namioty i mnóstwo ludzi wypoczywa nad brzegami strumieni i w malowniczych dolinkach.

Zaczynają się serpentyny i zakręty. Jedziemy tak przez kilkanaście kilometrów ciągle pnąc się w górę. Droga wije się jak wąż a zakrętom wydaje się nie być końca. Potem pojawiają się widoki zapierające dech w piersiach. Co chwilę zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Każde bardziej niesamowite niż poprzednie. W końcu dojeżdżamy do słynnych Fagaraskich serpentyn J Jedziemy nimi od dołu ku tunelowi na szczycie. Zakręt przechodzi w kolejny i tak cały czas a w górze przed nami widać jeszcze mnóstwo aut jadących ku górze i w dół, po prostu niesamowita trasa!

 

Na szczycie spotykamy dwóch rumuńskich motocyklistów na R1 w malowaniu Rossiego i GPZ. Zajeżdżamy razem pod pensjonat nad jeziorem prosto pod drzwi wejściowe J Przez chwilę rozmawiamy łamaną angielszczyzną o motocyklach i podróżach. Doradzają nam które drogi są warte przejechania a które należy omijać. Potem żegnamy się i idziemy na mały posiłek. Siedzimy sobie przez chwilę na szczycie oglądając całą dolinę i powyginaną wstęgę asfaltu. Tak sobie myślimy że świetny pomysł miał ten dyktator Czauczesku (czy jak to się pisze) że wybudował ta drogę jeżdżąc właśnie tu na polowania. Ale z pewnością mnóstwo ludzi straciło życie przy budowie tak trudnej drogi.

 

W końcu jedziemy. Wszędzie mnóstwo aut. Tłok taki że masakra. Odradzam dlatego podróż tą drogą w weekendy i święta. W końcu jednak wjeżdżamy do tunelu i ruszamy w dół. W tunelu Rumuni migają światłami i ciągle trąbią klaksonami. Ot takie ichnie zwyczaje. I znów zakrety , serpentyny, tunele chroniące przed kamieniami, chodzące po drodze osiołki J i tak bez końca. Widoki – po prostu bajka! Jedziemy drogą 7C wzdłuż brzegu jeziora Vidraru. Chcemy jeszcze zobaczyć zamek Drakuli w Poienari gdzie mieszkał i rządził stąd swymi ziemiami. Droga z ciągłymi zakrętami, na początku podobało mi się to ale po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów bez prostej dłuższej niż 50m miałem już dosyć. W końcu urozmaicenie krajobrazu – dojechaliśmy do zapory wodnej na jeziorze Vidraru. Zapora o tyle ciekawa. że po drugiej stronie nie wypływa z niej ani kropla wody J Cała woda jest kierowana systemem ogromnych rur przez 2 góry do hydroelektrowni położonej kilka kilometrów dalej skąd potem wypływa mała rzeczka J Ot takie małe skomplikowanie!

 

Droga z zapory do Poienari jest również piękna, tunele i podwieszane na skałach mosty i wąwozy. Coś pieknego! W końcu naszym oczom ujawnia się zamek Poienari. Zbudowany na samym szcycie góry o pionowych zboczach wydaje się być nie do zdobycia, a jednak Tatarzy oblegali go a potem zdobyli. Parkujemy przy schodach prowadzących do zamku. Temperatura ok. 42st.C, a na zamek prowadzi ok. 1200 stopni schodów. Odpuszczamy sobie więc tą wędrówkę i jedziemy dalej. Chcemy dojechać jak najdalej w kierunku morza.

 

Kierujemy się przez Curtea de Arges, Pitesti i stąd autostradą w kierunku Bukaresztu. Na autostradzie przepisowo 130km/h, nie więcej gdyż w Rumuni policjant może zatrzymać prawo jazdy na krótki okres już po przekroczeniu dopuszczalnej prędkości o ponad 10km/h! Zatrzymujemy się na każdej stacji paliw aby trochę się ochłodzić w klimatyzowanych pomieszczeniach i napić się zimnej wody. W końcu dojeżdżamy do Bukaresztu. Kierujemy się w kierunku Konstancji ale po chwili gubimy droge i błądzimy po mieście. Zapytany na światłach o drogę kierowca auta każe nam jechać za sobą. Po jakimś czasie dojeżdżamy do drogi kierującej nas na autostradę ale po chwili znów okazuje się że błądzimy. Najgorsze jest to że temperatura powietrza przekaracza 40 st.C. Jedziemy w dzinsach i koszulkach i pot leje się z nas na całego. Z tego co zauważyłem to na znakach w ogóle nie ma oznaczeń numerów dróg. Są tylko miejscowości i to nie jakieś główne tylko takie mniejsze. Zwiedzamy więc przymusowo szary i brzydki jak siódme dziecko Baby Jagi Bukareszt, aż w końcu udaje się nam z niego wyjechać. Jedziemy autostradą słońca w kierunku Morza Czarnego. Wiaterek przyjemnie owiewa nasze zmęczone ciała, 28km autostrady i...

 

...wracamy do Polski. Znowu błądzimy po Bukareszcie. Jest dzień później. Mam kurewsko dosyć tego miasta. Znowu 45 st.C nad nami. Po prostu odechciewa się wszystkiego. Teraz szukamy drogi do autostrady w kierunku Pitesti. Znów pytamy o drogę kierowców na światłach. W końcu jeden każe nam jechać za sobą i jak się okazuje wyprowadza nas na samą autostradę. Boże dzięki. Jedziemy autostradą ale gorąco jest jak cholera, a na złość po drodze nie ma żadnych stacji paliw L W końcu zatrzymujemy się na jednej i zmarnowani do końca odpoczywamy i pijemy ogromne ilości wody. Dalej kierujemy się Pitesti i stąd na Ramnicu Valcea. Musimy przed nocą dojechać do miasta Hunedoara gdzie spotykamy się z Brzuchem, HAĆ-em, Kaśką i Pauliną, którzy od tygodnia jeżdżą po Rumunii.

 

ZA Ramnicu Valcea robi się chłodniej, temperatury spadają poniżej 35 st.C. Jedzie się dużo przyjemniej. Na drodze mniejszy ruch i krajobrazy górskie ładne a nie płasko jak za Pitesti. Jadąc do Hunedoary wybieramy drogę przez góry, która jest oznaczona na mapie jako krajowa i atrakcyjna widokowo J

 

Droga przepiękna. Początkowo wzdłuż jeziora przyczepiona do krawędzi pionowej skały z niesamowicie przyczepnym i równym asfaltem. Jedzie się miło i przyjemnie. Potem skręcamy w drogę 7A w kierunku Petrosani. Ta droga, przynajmniej w połowie jak się potem okazało jest niesamowita. Cały czas jedzie się dnem wąwozu na dnie którego płynie mała rzeczka. Wszędzie pełno rozbitych namiotów. Widoki niesamowite, tym bardziej że właśnie zachodzi słońce i skały mienią się pełną gamą odcieni. Po prostu bajka! Bajka która jednak kończy się po 86 kilometrach gdy wraz z zachodzącym słońcem znika asfalt z drogi. Po drodze mijamy jeszcze kilka przyczep z ulami oraz pszczelarzy ich pilnujących. Wszędzie dookoła fioletowe wrzosowiska więc chyba pszczoły na te wrzosy sobie latają J Potem zaczynają się serpentyny i wjeżdżamy na ponad 1500m.n.p.m. Tutaj z kolei wzdłuż drogi porozstawiane budki drwali którzy właśnie robią sobie kolację. Naprawdę niepowtarzalny widok, wąska górska droga po której konie i osły chodzą sobie samopas i małe domki obok a w każdym domku jakiś mężczyzna (bo kobiet nie widzieliśmy). Jeden z nich na małej werandzie przy domku miał porozstawiane jedzenia, zapalone świeczki i smażył coś na ognisku obok. A wszędzie wokół góry i tylko różowe sklepienie nieba nad nami. Dalej również było ciekawie. Środek lasu, skrzyżowanie leśnych dróg i drogowskaz jak na normalnej drodze Petrosani 34km. Ta wiadomość brzmiała dla nas jak wyrok, bo zakręty jak były tak są a nawierzchni na drodze ni ma L W końcu około 21 wyjechaliśmy z tych gór i wąwozów i normalną już drogą ruszyliśmy w kierunku Hunedoary. Ta przejażdżka mimo że trudna i męcząca na długo zostanie w naszej pamięci.

 

W Hunedoara spaliśmy w *** hotelu z wygodnym łożem i prysznicem co po takiej podróży sprawiło nam wielką ulgę. Noc w takich warunkach w porównaniu z poprzednią to naprawdę cudowne przeżycie. Rano okazuje się że mam kapcia L Używam więc spray do opon i jedziemy dalej.

 

Rano spotykamy się pod zamkiem z HĄĆ-em, Brzuchem, Kaśką i Pauliną i stąd wspólnie razem ruszamy w podróż powrotną do Polski. W miejscowości Deva okazuje się że mamy kapcia którego nie da się załatać. Stajemy więc na stacji paliw a następnie ruszamy w miasto szukać jakiejś gumy. Jeździmy i szukamy ale do motocykla nigdzie nie można znaleźć. Po chwili dzwoni do mnie Agatka i mówi że jakiś gość chce nam pomóc szukać opony. Okazuje się że Andre to chłopak w naszym wieku, który jeździ na enduro. Wsiedliśmy do jego wypasionego Range Rovera z klimą co przy panującym upale było dla nas wielką radością. Po jakimś czasie jeżdżenia po mieście w końcu znajdujemy oponę u znajomego Andre. Okazuje się że ten znajomy na podwórzu ma 4 KTM-y , 3 Quady, 2 terenowe auta i 2 ścigacze, a sam jest współorganizatorem rajdu Transkarpatia. Po szybkiej wymianie opony na używaną Dunlopa i rozliczeniu się - 50€ ruszamy w końcu w kierunku Oradea. 30 km za miastem Deva okazuje się że pomyliliśmy drogę i postanawiamy pojechać skrótem. Jak się potem okazało przysłowie „kto drogę skraca do domu nie wraca” jest w 100% prawdziwe. Droga początkowo asfaltowa zrobiła się szutrowa a potem zwykła leśna z 2 koleinami. Na dodatek na tej drodze było jeszcze kilka serpentyn w góre i w dół. Na domiar złego temperatury znów iście piekielne. Gorące powietrze, gorąco od silnika wszystko to wykańczało nas niemiłosiernie. Przewalone przez drogę drzewo w lesie tylko nas rozbawiło. Z wykończenia W końcu po prawie 40 km jazdy na 1 i 2 biegu dojechaliśmy do asfaltu!!! Hura i na dodatek płynąca obok rzeka, w której schłodziłem się w ubraniu i w butach ku uciesze wszystkich z ekipy. Potem już ruszyliśmy spokojnie dobrą drogą, znów z zakrętami do Oradei. Po drodze obiad w przydrożnej restauracji i jazda dalej w mijającym nas deszczu. Granicę przekraczamy w nocy szybko i sprawnie.

 

Węgry witają nas prosta drogą, dobrym asfaltem i wspaniałymi oznaczeniami dróg. Jedziemy w deszczu przez Debrecen, Nyigyrenhaza i zatrzymujemy się w Tokaju na noc. Na kempinkgu w 2 osobowych domkach nocleg kosztuje 6€ za osobę więc przystępnie. Niestety po rozpakowaniu bagaży okazało się że w tym mieście po 23 w nocy wszystko jest zamknięte L Nawet stacja paliw była czynna tylko do 22. No nie napijesz się choćbyś chciał. Zatem w kimę na trzeźwo.

 

Następnego dnia rano wyruszamy przy ładnej pogodzie z Tokaju do domu. Najpierw jazda wśród malowniczych pagórków porośniętych winoroślą i winnic rozrzuconych malowniczo w tym krajobrazie. Droga spokojna i w miarę szybka. Tereny ładne więc za bardzo się nie spieszymy. W Koszycach żegnamy się z Brzuchem i Pauliną i zatrzymujemy się na posiłek. Fajnie bo w końcu ktoś nas rozumie i możemy zamówić bez problemów to co chcemy. Po zjedzeniu jazda w drogę do Polski. Przed Barwinkiem ubieramy się cieplej bo chłód jakiś nas zastaje im bliżej domu. Przejście polsko-słowackie bez problemów. Teraz już jak u siebie. Razem z HAĆem jedziemy jeszcze do Miejsca Piastowego a potem my odbijamy na Sanok.

 

Sumując:

 

6 dni poza domem, koszt na 2 osoby – 1600zł, w tym spanie w hotelach i pensjonatach. Z ogólnych uwag można powiedzieć że Rumunia to kraj piękny i dziwny zarazem. Góry i północna część przepiękne. Południe nudne i płaskie. Nad morzem podobno brzydko i brudno. Ceny takie jak u nas albo droższe.

Informacje praktyczne: Uważać na Policję bo ta może zabrać prawo jazdy już za niewielkie przekroczenie dopuszczalnej prędkości. Z tego co było widać to motocyklistów raczej nie zatrzymują. Obowiązkowo trzeba mieć wykupione ubezpieczenie zdrowotne gdyż w razie pobytu w szpitalu nie pozwolą Ci go opuścić dopóki nie pokryjesz kosztów hospitalizacji.

 

 

 

Powrót

 

 

 

All rights reserved by Roztoczeriders.com

Designed by Doktorek