|









|
|
Węgry - podróż poślubna
Podróż na
Węgry rozpoczęła się w deszczowe poniedziałkowe przedpołudnie zaraz po
weselu Doktorka i Bebe. Wyruszyliśmy w 9 osób w kierunku przejścia
granicznego w Radoszycach aby dojechać potem przez Presov i Koszyce do
Aggtelek – miejscowości bogatej w jedne z największych w Europie krasowych
jaskiń. Na Słowacji droga mija szybko i bez deszczu. Dojeżdżamy w końcu do
Aggtelek lecz przejeżdżamy tu granicę i lokujemy się na kempingu po
Węgierskiej stronie. Śpimy w 4 – osobowych domkach. W nocy deszczowo ale
tutaj nam to nie przeszkadza. Pijemy lokalne piwko i zajadamy gulasze i
inne ichniejsze potrawy :) Co najważniejsze, płacimy polską walutą – bo
niestety kantoru żadnego tu nie można znaleźć! Rano Stówka i chłopaki
wykonują własnoręcznie serwis opony w miejscowym zakładzie
wulkanizacyjnym, który kończy się pełnym sukcesem. Potem zwiedzamy
jaskinie - najkrótszą, godzinną trasą, robimy mnóstwo fotek w chłodnych
wnętrzach a potem wychodzimy na piękną słoneczną pogodę. Siadamy na
sprzęty i ruszamy w kierunku Egeru.
Droga do
Egeru jest malownicza, wśród pagórków i małych wsi a potem górzysta pełna
zakrętów, wzniesień i zjazdów, po prostu miodzio! W Egerze zaopatrujemy
się w węgierską walutę i szybko znajdujemy pokoje do spania, tuż przy
Dolinie Pięknej Pani :) Szybko rozładowujemy graty, bierzemy prysznic i
jazda w miasto! Najpierw winne piwniczki przy wspomnianej wcześniej
Dolinie Pięknej Pani. Tu degustujemy kilka smaków miejscowego wina i
kupujemy na wynos kolejne 10 litrów! Wracając do domu „rozpracowujemy” 3
litery trunku, w domu jeszcze 2 i idziemy do centrum Egeru. Trudno
opowiedzieć co działo się w czasie naszego spaceru :) Powiem jedno – żadne
wino tak do głowy nie uderza!!! Na mieście lokujemy się w jakiejś knajpce,
jemy kolację i pijemy piwko. Przed północą w czasie ulewnego deszczu
wracamy do naszych pokoi. Po drodze jeszcze ktoś pokazuje dupy przed
katedrą :) Piękne to miasto! Noc kończymy imprezą w pokojach i wyczerpani
kładziemy się spać. Rano trochę dochodzimy do siebie i ruszamy na
przejażdżkę po okolicach Egeru.
Najpierw
zwiedzamy Egerszalok – czyli takie małe, węgierskie Pammukale. Oglądamy
wapienne osady, robimy fotki i jedziemy w okoliczne góry. Droga z Recsk do
Gyongyos to motocyklowy raj. Mnóstwo zakrętów o rożnym profilu,
wzniesienia i ostre zjazdy wśród pięknych lasów i pagórków. Tutaj mamy
jedyną w czasie naszej podróży kontrolę policyjną. Policja na FJRach
kontroluje tylko motocyklistów. Tylko nawierzchnia była lepszej jakości to
można by potraktować ją jako tor! Potem do Egeru wracamy juz trochę
bardziej ruchliwą krajówką, ale też jest pięknie, bo głównie wśród
niezmierzonych winnic. Tego dnia żegnamy HAĆa, Kasię i Louisa, którzy
wracają do domu. W okrojonym składzie ruszamy zwiedzać starą część Egeru.
Miasto jest piękne, coś w stylu naszego Krakowa, tylko mniejsze i z
mniejsza ilością turystów. Mnóstwo knajpek, restauracji i miejsc w których
chciałoby się przysiąść.
Kolejnego
dnia siadamy na sprzęty i jedziemy w kierunku Tisza-Tó – miejscowości
połozonej nad drugim co do wielkości jeziorem na Węgrzech. Są tu poza tym
liczne rozlewiska i mokradła będące siedliskiem mnóstwa gatunków flory i
fauny i objęte ochrona jako park narodowy. Tu wbijamy się na domki na
pobliskim kempingu. Potem pijemy piwko, opalamy się i kapiemy w jeziorze.
Do wieczora czas mija szybko. Potem jesteśmy atakowani przez miliony
komarów, które są wszędzie. Rano, pogryzieni przez paskudne owady
wyruszamy do najbardziej znanej dla Polaków miejscowości na Węgrzech –
Hajduszoboszlo. Tu znajdujemy szybko spanie w domu który był cały dla nas,
z parkingiem tarasem i grilem. Idziemy jednak najpierw na baseny, gdzie
jak zawsze pijemy piwko, opalamy się i kapiemy. Wieczorem powrót do domu i
grillowanie do późnej nocy. Rano żegnamy się z Tomkiem, Kasią, Stówką i
Moniką, którzy wracają już do domu.
Ja i Bebe
godzinę później wyjeżdżamy do Tokaju – ostatniego przystanku na naszej
trasie. Droga mija bezproblemowo i szybko. W południe dojeżdżamy do Tokaju
– legendarnego miasta jezeli chodzi o produkcję wina. Wiele legend i
rożnych ciekawych informacji krąży o tym mieście i winie stąd pochodzącym.
Trzeba jednak tu być aby poczuć to własnymi zmysłami. W Tokaju udaje nam
się znaleźć pokój w pensjonacie przy głównej ulicy miasta. Potem idziemy
na degustację miejscowego wina do Piwnic Rakoczych, gdzie pijemy 6–cio
puttonowe Aszu :) Jest to najdroższe wino na węgrzech – ok 50zł za 30ml.
Moim zdaniem warto spróbować :) Winko szybko uderza nam do głowy :) lekko
skołowani idziemy nad rzekę gdzie Bodrog wpada do Cisy. Tutaj siedzimy
przez jakiś czas odpoczywając. Wieczorem jeszcze kolacja i spanie.
Tydzień po
wyjeździe z Polski wracamy do domu. Mamy w planie pojechać do Krakowa ale
w czasie podróży zmieniamy plany i postanawiamy wracać do Sanoka. W
Spisskim Podhradiu kolo Rożnavy odbijamy na wąską górską drogę na Smolnik
i Margecany w kierunku Presova. Tą drogę możemy polecić wszystkim
motocyklistom. Nie jest wspaniałej jakości ale bardzo malownicza i
wspinająca się na 1000m.n.p.m, potem biegnie w dolinie w której
zlokalizowane są „klimatowe” słowackie wioski. Z Presova lecimy w kierunku
Bieszczadów na przejście w Radoszycach. Jeszcze tylko mała przejażdżka
wokół Połonin i juz jesteśmy w Sanoku...
Podsumowując:
ponad
2000km drogi...
7dni
zabawy...
zwariowana
Ekipa...
mnóstwo
wypitego wina...
koszt – ok.
1500zł
poczuć
ugryzienie komara na własnej dupie... bezcenne :)
Powrót
|